Polska stała się trzecim rynkiem w Europie pod względem rejestracji aut chińskich
marek. Nie „jednym z większych”, nie „rosnącym” – trzecim. To liczba, która powinna
przykuć uwagę każdego, kto zajmuje się dystrybucją części zamiennych lub prowadzi warsztat obsługujący szerokie spektrum marek.
Jeszcze kilka lat temu „chiński samochód” w Polsce był egzotyką, którą oglądało się na
targach motoryzacyjnych z pewną dozą sceptycyzmu. Dziś MG, BYD, Omoda i kilka innych
marek z Państwa Środka rejestrują kolejne tysiące aut na polskich tablicach – i robią to
szybciej, niż większość analityków przewidywała. Ekspansja nie wyhamowuje. Pytanie, które coraz głośniej zadaje sobie branża, brzmi: czy aftermarket zdąży za tym tempem?
Nowe auta, stare obawy
Najciekawsze w tym zjawisku jest to, że Polacy kupujący chińskie samochody wcale nie
kwestionują ich jakości w momencie zakupu. Problem leży gdzie indziej – w pytaniu, co się
stanie, gdy auto wyjedzie z okresu gwarancyjnego.
Główną barierą psychologiczną przy decyzji o zakupie „chińczyka” jest obawa przed dostępnością części po gwarancji i czasem oczekiwania na naprawę w ASO. To zrozumiały lęk, zakorzeniony w doświadczeniach z rynkami niszowymi, gdzie czas sprowadzenia konkretnego podzespołu potrafił oznaczać tygodnie przestoju. W przypadku marek z ugruntowaną pozycją – Volkswagen, Toyota, Ford – właściciel wie, że część znajdzie w ciągu jednego dnia, często w kilku miejscach jednocześnie. Dla właściciela MG lub BYD ta pewność jeszcze nie istnieje. Przynajmniej nie w pełni.
I właśnie ta luka – między rosnącym parkiem pojazdów chińskich marek a wciąż kształtującą się infrastrukturą części zamiennych – jest dziś jednym z najciekawszych napięć na polskim rynku motoryzacyjnym.
Aftermarket patrzy i… zaczyna działać
Rynek nie lubi próżni. Tam, gdzie pojawia się zapotrzebowanie i wiadomo, że będzie rosło,
wcześniej czy później pojawia się podaż. W przypadku chińskich aut ten mechanizm już się
uruchomił.
Jednym z sygnałów jest wejście na rynek marki Chitao, wprowadzonej przez Tree Alliance – spółkę o kapitale niemiecko-chińskim. Chitao to marka dedykowana wyłącznie samochodom chińskich producentów i jej głównym argumentem rynkowym jest właśnie dostępność – części mają być dostępne od ręki, bez czekania na import z Chin czy wielotygodniowej ekspedycji przez sieć dystrybucyjną. Samo pojawienie się takiego konceptu na europejskim rynku świadczy o tym, że duzi gracze traktują wzrost popularności chińskich marek jako trwały trend, a nie chwilową modę.
To ważny sygnał dla całej branży: skoro specjalistyczna marka zdecydowała się budować
strukturę logistyczną dedykowaną chińskim pojazdom, to rynek musi być na tyle duży i
stabilny, żeby takie ryzyko miało sens.
Co to oznacza dla polskich warsztatów?
Mechanik, który dziś obsługuje głównie auta europejskie i japońskie, może odczuwać
pokusę, żeby temat chińskich marek odłożyć na później – „poczekam, aż się ustabilizuje”.
To podejście zrozumiałe, ale potencjalnie kosztowne w perspektywie kilku lat.
Park pojazdów chińskich marek w Polsce będzie rósł niezależnie od tego, czy warsztat jest
na to gotowy. Właściciele tych aut będą szukać obsługi – i będą ją znajdować tam, gdzie
ktoś zdecyduje się zainwestować w wiedzę, narzędzia i dostęp do części wcześniej niż
konkurencja.
Pytanie „czy jesteśmy gotowi?” skierowane do polskiego aftermarketu ma dziś odpowiedź
szczerą: w połowie. Pierwsze ruchy są, infrastruktura się tworzy, pierwsi dystrybutorzy
stawiają na chińskie marki. Ale do momentu, w którym właściciel BYD lub Omody będzie miał taką samą pewność dostępności serwisu jak właściciel Golfa, jeszcze trochę drogi. Kto tę drogę skróci – ten zarobi.